Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Referaty z sympozjum kościuszkowskiego - Historia - Ludowe Towarzystwo Naukowo Kulturalne Garwolin

Przejdź do treści

Menu główne:

Referaty z sympozjum kościuszkowskiego

Prelekcje

Referaty

  • O insurekcji w Ziemi Stężyckiej -Włodzimierz Kostecki

  • Insurekcja kościuszkowska 1794 r. w okolicy Sobień Jezior, Karczewa i Góry Kalwarii  - dr Mariusz Rombel,

  • Bitwa oddziału Józefa Jankowskiego pod Uścieńcem k. Łaskarzewa stoczona w dniu 10 listopada 1863 r. Wykład w kościele pw. Podwyższenia Krzyża Św. w Łaskarzewie, 4 października 2013 r. - dr Mariusz Rombel,


Włodzimierz Kostecki
O insurekcji w Ziemi Stężyckiej


Insurekcja kościuszkowska na Ziemi Stężyckiej, wielu kojarzy się wyłącznie z dramatyczną bitwą maciejowicką. Przecenienie roli tego, w końcu niewielkiego terenu, jaki tworzy Ziemia Stężycka w dziejach powstania byłoby oczywistą przesadą. Warto jednak zauważyć, że tu właśnie 10 października 1794 r. rozegrała się dramatyczna bitwa maciejowicka, która dla przebiegu powstania miała podstawowe znaczenie. Trzeba dalej pamiętać, że ta nadwiślańska ziemia była istotną częścią zaplecza Warszawy, najważniejszego politycznego, wojskowego i gospodarczego ośrodka powstania. Trzeba wreszcie pamiętać o wadze, jaką posiadało utrzymanie linii Wisły, w mniejszym stopniu także Wieprza. Rzeki te dzieliły cały operacyjny obszar powstania
ich kontrola należała do głównych wojskowych zadań insurekcji. Należy zatem sądzić, że spojrzenie na dzieje powstania na Ziemi Stężyckiej, próba opisu działalności władz i postaw miejscowej społeczności ważna dla kształtu lokalnej tradycji historycznej posiada także szerszy walor.
Na kartach dziejów powstania kościuszkowskiego, Ziemia Stężycka pojawiła się zanim jeszcze 24 marca 1794 r. w Krakowie nastąpiła formalna i uroczysta proklamacja insurekcji.
Otóż, do stojących w Rykach trzech szwadronów jazdy z 4 pułku przedniej straży, jednej z lepszych polskich jednostek, dotarły wieści z Ostrołęki o buncie brygady I Wielkopolskiej Kawalerii Narodowej Antoniego Madalińskiego, a także dotarli emisariusze Madalińskiego z agitacją na rzecz zbrojnego wystąpienia. Wśród kadry oficerskiej pułku nastąpił dramatyczny rozłam. 16 marca rotmistrz Ignacy Zborowski na czele dwóch szwadronów opuścił Ryki z zamiarem połączenia się z oddziałami brygadiera Madalińskiego. Po drodze, w rejonie Stężycy, Zborowski zagarnął jeszcze dwie kompanie piechoty ze stojącego tam 7 regimentu pieszego. Nocą z 18 na 19 marca wojsko przekroczyło Wisłę i w następnych dniach połączyło się z brygadą wielkopolską. Żołnierze prowadzeni przez Zborowskiego wzięli później udział w bitwie racławickiej oraz późniejszych działaniach dywizji Kościuszki. Rotmistrz Zborowski został oskarżony o bunt i pozwany przed Sąd Komisji Wojskowej, natomiast Kościuszko, przeciwnie, awansował go do stopnia majora.
Ten pierwszy epizod powstania nie miał poważniejszego bezpośredniego wpływu na bieg wypadków na Ziemi Stężyckiej. Obszar nadwiślański, podobnie jak większość państwa, pozostawała nadal poza insurekcją. Pomimo wydarzeń w Krakowie, pod Racławicami i pod Połańcem, pomyślny rozwój insurekcji wciąż nie był przesądzony. Szlachta większości województw i ziem wybierała postawę wyczekującą. Województwo sandomierskie z należącą doń Ziemią Stężycką było w większości kontrolowane przez siły rosyjskie.
Zasadnicze dla ożywienia powstania przede wszystkim na Mazowszu, miała dopiero zwycięska insurekcja warszawska przeprowadzona 17 -18 kwietnia 1794 r.
30 kwietnia na zjeździe w Nowym Mieście Korczynie ogłoszono akt przystąpienia do powstania województwa sandomierskiego.
Obywatele Ziemi Stężyckiej zgłosili akces do powstania 7 maja 1794 r. na zjeździe w Stężycy. Podobne akty uchwalono 8 maja w powiecie garwolińskim, a 10 maja w powiecie radomskim. Dokonano wyboru 40
osobowej komisji porządkowej Ziemi Stężyckiej, zresztą zdominowanej przez przedstawicieli ziemiaństwa. Kluczowe znaczenie miała uchwała o poborze rekruta, odzwierciedlająca interesy ziemiańskie. Bowiem wbrew ogólnym zasadom obowiązkiem wystawienia jednego rekruta z każdych 5 dymów wiejskich i miejskich obciążono tylko dobra królewskie i duchowne, majątki szlacheckie miały oddawać do służby jednego rekruta z 10 dymów. Jeden z komisarz, Rafał Tarnowski, potępiając dość partykularną uchwałę, zobowiązał się wystawić w swoich dobrach rekrutów 5 dymowych.
W działalności komisji od początku dawał się zauważyć brak energii i partykularyzm, przez co fakt, iż w maju i początkach czerwca 1794 r. na obszarze Ziemi Stężyckiej nie było rosyjskiego wojska, nie został odpowiednio wykorzystany.
7 czerwca 1794 r. Rada Najwyższa narodowa utrzymała komisję stężycką, chociaż postanowiono połączyć ją z komisją powiatu garwolińskiego. 16 czerwca zdecydowano, iż połączenie obu komisji nastąpi w końcu czerwca w Garwolinie.
Ten chaos organizacyjny potęgował spór o obsadę funkcji generała majora ziemiańskiego, tj. lokalnego dowódcy pospolitego ruszenia i organizatora poboru rekruta, między Stanisławem Zgliczyńskim, wyznaczonym przez Kościuszkę, bez doświadczenia wojskowego, ale znanym z patriotyzmu i ofiarności na cele powstańcze, a Ignacym Boskim, podkomorzym czerskim, wspieranym przez komisję stężycką.
Spór rozstrzygnięty został dopiero w końcu lipca 1794 r., kiedy to Kościuszko odwołał gen. mjr Zgliczyńskiego z jego oddziałem do obozu sił głównych, a organizację stężyckiego pospolitego ruszenia i pobór rekrutów powierzył płk. Boskiemu.
Zadania komisji stężyckiej polegały przede wszystkim na poborze rekruta i tworzeniu oddziałów lokalnej milicji. Przystąpiono również do rekwizycji żywności i furażu, które miały być gromadzone w magazynach założonych w Puławach.
Efekty pracy komisji nie były imponujące. Zamiast sformowania dwóch batalionów piechoty, płk Boski zgromadził w końcu czerwca zaledwie kilkunastu żołnierzy. Energiczniej przebiegały działania gen. Zgliczyńskiego, który sformował pułk lekkiej jazdy, zwany później pułkiem „złotej wolności”, liczący 200 rekrutów i ochotników, ale któremu brak było koni i uzbrojenia.
Dopiero dzięki pomocy Tadeusza Morskiego, delegata Rady Najwyższej Narodowej, opublikowano uniwersał zwołujący pospolite ruszenie na 21 czerwca, przystąpiono do stawiania słupów alarmowych (wykonane ze smolnego drzewa i owinięte słomą, w razie zbliżania się nieprzyjaciela miały być podpalane, sygnalizując niebezpieczeństwo), organizowano warty i patrole, zbierano pieniężne i rzeczowe dary na rzecz wojska, które kierujący kancelarią komisji ksiądz Wincenty Łotocki przekazał potem do Warszawy.
W połowie czerwca, w działaniach powstańczych na Ziemi Stężyckiej nastąpił ponowny, głębszy nawet, choć chwilowy, kryzys spowodowany zbliżaniem się do Wieprza i Wisły wojsk rosyjskich. Została złupiona świetna rezydencja Czartoryskich w Puławach, oddziały kozackie przeszły Wieprz i grasowały także na Ziemi Stężyckiej, pustosząc zwłaszcza okolice Stężycy, Ryk i Maciejowic.
W ostatnich dniach czerwca głównie siły korpusu gen. Otto Derfeldena, omijając Ziemię Stężycką odeszły na Litwę przeciw tamtejszym powstańcom.
W ciągu tych kilkunastu dni zagrożenia, nastroje mieszkańców były bliskie paniki. Część ludności chłopskiej, ratując dobytek, kryła się w lasach. Niektórzy komisarze porzucili zupełnie swoje obowiązki. Budowany wcześniej system powstańczej organizacji rozsypał się niemal całkowicie. Zaplanowane na 21 czerwca zgromadzenie pospolitego ruszenia nie doszło do skutku. Zdekompletowana komisja porządkowa przeniosła się za Wisłę, do Kozienic.
Opisane wypadki spotkały się z bardzo surową oceną. Krytykowano przede wszystkim postawę komisji porządkowej, której „jakby nie było, bo za każdym ujrzeniem kozaka na drugiej stronie Wisły ucieka”. Potępiono także zachowanie całej szlacheckiej społeczności, która opuściła domy i majątki, a piki i kosy potopiono i pokopano. Z krytyką wystąpił również Tadeusz Kościuszko. Z tej krytyki pochodzą znane, później wielokroć cytowane słowa: „…trzeba przymuszać ludzi, żeby byli wolnymi, kiedy dobrowolnie być nimi nie chcą. Robimy rewolucję, półsposobami robić jej nie można”.
Dopiero przybycie osławionej dywizji gen. Sierakowskiego zapobiegło całkowitemu krachowi. Korzystając z tej osłony, komisja stężycka powróciła 26 czerwca zza Wisły i wznowiła urzędowanie w Garwolinie już jako połączona komisja stężycko
garwolińska. W połowie września przeniesiono miejsce prac komisji z Garwolina do centralnie położonego Żelechowa.
Letnie miesiące 1794 r. były dla Ziemi Stężyckiej czasem stabilizacji. Nieporównanie sprawniejsza i skuteczniejsza była działalność lokalnych władz powstańczych, głównie dzięki Karolowi Sosnkowskiemu, pełnomocnikowi Rady Najwyższej Narodowej.
Przystąpiono do organizacji pospolitego ruszenia, zwołał je 29 czerwca na okres kilku dni gen. Zgliczyński, który powrócił ze swym pułkiem pod Stężycę. Później jeszcze dwukrotnie zwoływano pospolite ruszenie
18 21 lipca i 5 16 sierpnia do Stężycy, Dęblina, Maciejowic, Tarnówka i Góry. W obu wypadkach zasadniczym celem była obrona linii Wisły.
Przydatność pospolitego ruszenia, liczącego około 800 ludzi, nie była duża. Jego uzbrojenie stanowiły piki, kosy, czy siekiery. Brakowało broni palnej, szwankowało zaopatrzenie w żywność, szlacheccy dowódcy zaniedbywali obowiązki, nie najlepiej wyglądała dyscyplina, zdarzały się wypadki dezercji.
Komisja utworzyła także stosunkowo gęstą sieć posterunków wojskowych, tzw. stójek i kresów.  Stójki złożone z mieszkańców miast i wsi pełniły warty np. przy słupach alarmowych. Kresy z kolei, złożone z ludzi na koniach, miały zapewnić sprawne przesyłanie pism między poszczególnymi ośrodkami władzy oraz szybkie przemieszczanie się kurierów rządowych.
Znacznie sprawniej przebiegał pobór rekruta. Ziemia Stężycka licząca 6 tys. dymów miała dostarczyć prawie 1900 rekrutów, tzw. kantonistów. Do końca września powołano do służby co najmniej 900 ludzi. Stężyccy kantoniści zasilali przede wszystkim jednostki wchodzące w skład garnizonu warszawskiego oraz tworzone na miejscu oddziały Zgliczyńskiego i Boskiego.
Stan tych jednostek ulegał systematycznej poprawie. Pułk lekkiej kawalerii gen. Zgliczyńskiego pełnił służbę w rejonie Stężycy, strzegąc linii Wisły. W połowie lipca pułk liczył 250 ludzi, słabo jednak uzbrojonych. W końcu lipca oddział opuścił Ziemię Stężycką i w następnych miesiącach przebywał na Pradze. Powiększył się jego stan ilościowy, był też lepiej wyposażony, głównie dzięki Zgliczyńskiemu, który nie szczędził własnych pieniędzy na zakup koni i uzbrojenia. Dowódca był wysoko ceniony, pułk natomiast uchodził za jednostkę słabo wyszkoloną i niesforną.
Utworzony w czerwcu batalion milicji stężyckiej płk Ignacego Boskiego, liczący w lipcu ponad 500 żołnierzy początkowo uzbrojony był tylko w piki, później otrzymał jednak 150 karabinów z magazynów żelechowskich i warszawskich i od sierpnia pełnił służbę nad Wisłą, gdzie chronił 30
kilometrowy odcinek rzeki. Ciężkie warunki służby, niewielka liczba oficerów, brak żywności i namiotów spowodowały dość znaczną dezercję żołnierzy.
Latem 1794 r. skurczył się znacznie obszar kontrolowany przez wojska i władze powstańcze, a zatem rosło niepomiernie znaczenie wolnych obszarów położonych po prawej stronie Wisły, w tym Ziemi Stężyckiej, stawały się one głównym zaopatrzeniowym zapleczem armii powstańczej. Taksa z sierpnia przewidywała dostawę 8 garncy żyta, 2 garncy kaszy, 1 korca owsa i 3 pudów siana z każdego dymu. Ponadto na mieszkańców ziemi spada ciężar utrzymania coraz liczniejszych oddziałów wojskowych stojących nad Wisłą. W sierpniu i wrześniu dostawy stężyckie obejmowały kożuchy, sukmany, buty i koszule na wyposażenie wojska. W sierpniu polecono komisji porządkowej przysłanie 700 ludzi do prac przy budowie fortyfikacji Pragi. W konsekwencji Ziemia Stężycka została w znacznym stopniu ogołocona.
W podstawowe zadanie
w obronę Wisły, zaangażowanych było ponad 1700 żołnierzy. Utworzono sieć posterunków obsadzonych przez niewielkie, zwykle ponad 100 osobowe oddziały oraz liczne widety patrolujące teren. Starano się niszczyć bądź ukrywać środki przeprawowe, w newralgicznych miejscach, m.in. w Tarnówku, Maciejowicach, Tyrzynie, Stężycy i Dęblinie, sypano również umocnienia polowe.
Obronę Ziemi Stężyckiej zapewniały w tym czasie milicja mielnicka gen. Antoniego Radzimińskiego (Stężyca) i batalion płk. Boskiego (Maciejowice).
W pierwszych dniach października korpus rosyjski gen. Iwana Fersena był gotowy do przełamania polskiej obrony między Stężycą a Maciejowicami. Wczesnym rankiem 4 października, po gwałtownym ostrzale artyleryjskim, oddziały rosyjskie w kilku miejscach przeszły Wisłę w rejonie wsi Wróble, Wargocin, Tyrzyn. Niewielki oddział polski wycofał się bezładnie po krótkiej walce. Rosjanie kontynuowali przeprawę aż do 9 października, jednocześnie wysyłając podjazdy w kierunku Maciejowic i Paprotni, które następnie penetrowały niszcząc i grabiąc dalej położone rejony Ziemi Stężyckiej, jak Stężyca, Ryki, Maciejowice, Żelechów, Garwolin.
Głównym celem Kościuszki stało się zniszczenie korpusu Fersena. 10 października doszło do dramatycznej bitwy maciejowickiej.
Klęska maciejowicka wpłynęła na stopniowy upadek lokalnych władz powstańczych. Komisja stężycka w kadłubowym składzie działała nadal, jeszcze 17 października Rada Najwyższa Narodowa wzywała ją do wspierania budowy umocnień Pragi. Jej działania nie miały już większego znaczenia, chociaż formalnie istniała do listopada. Tak zakończyła się epopeja kościuszkowska na Ziemi Stężyckiej.


Insurekcja kościuszkowska 1794 r. w okolicy Sobień Jezior, Karczewa i Góry Kalwarii
dr Mariusz Rombel,


    
W kadłubowej Rzeczypospolitej po II rozbiorze narastała chęć walki z zaborcami, którą rozpoczął w marcu 1794 r. gen. Antoni Madaliński, przeciwstawiając się planom rozwiązania armii polskiej. Także w stacjonujących w powiecie garwolińskim oddziałach polskich powstał popłoch przed spodziewanym wcielaniem do armii rosyjskiej. Zaczęły się masowe dezercje do tworzonych oddziałów powstańczych. 24 marca w Krakowie przysięgę powstańczą złożył gen. Tadeusz Kościuszko, wskutek czego wybuchła insurekcja, która objęła resztki kraju. 4 kwietnia Komisja Wojskowa Insurekcji przeniosła część pułku 4 straży przedniej z Ryk do Góry Kalwarii, w wyniku czego okolica Sobień została jako tako wyzwolona z oddziałów rosyjskich, choć jeszcze 16 kwietnia w Karczewie na drogach prowadzących z Lublina grasowali kozacy gen. W. Denisowa. 17 kwietnia około 4000 Rosjan pod gen. Nowickim uciekło z Warszawy, a idąc od Raszyna w stronę Wisły naprzeciw Karczewa, gdzie zbudowano „Wagenburg”, czyli barykady z wozów i furgonów, bezlitośnie mordowali miejscowych chłopów. Za nimi ruszył Hauman z Działyńczykami przez Czersk i Warkę (1 maja), gdzie rozpędzał kozaków i brał do oddziału licznych ochotników. 25 kwietnia Kwaśniewski z 300 jazdy ochotniczej ścigał kozaków od Pragi do Karczewa, zaś  28 kwietnia mieszkańcy miast Góry i Czerska już samodzielnie „odpędzili wchodzącego nieprzyjaciela.”
       Wreszcie 18 kwietnia wygnano z Warszawy oddziały rosyjskie. Tłum odnalazł archiwum ambasady rosyjskiej „z dokumentami kompromitującymi zdrajców i jurgieltników carskich.” Powieszono kilku zdrajców, reszta uciekła i trzeba było się zadowolić powieszeniem ich portretów na szubienicach. Oskarżany o konfidencję kasztelan łukowski, Jacek Jezierski, ofiarowywał wyrób broni w swych fabrykach, m. in. w Sobieniach Jeziorach i Trzciance, lecz władze powstańcze z propozycji nie skorzystały. 17 kwietnia dwa razy Lud Warszawy nachodził jego mieszkanie przy ul. Bednarskiej, które zabezpieczyła milicja miejska przysłana przez prezydenta Zakrzewskiego. Wśród tłumu chodziły pogłoski, iż miał być przeciwny równouprawnieniu mieszczan na Sejmie. Istotnie bowiem, jeszcze 15 grudnia 1789 r. Jezierski sprzeciwiał się Dekertowi, nazywając go „hersztem spiskowym”, domagał się kary za pisanie listów cyrkularnych bez wiedzy zwierzchności i „bardzo wiele mówił z wielką obelgą dla miasta Warszawy.” Jeden z jego domowników donosił, iż Jezierski ukradkiem wywiózł ze stolicy wielkie ilości złota i srebra oraz korespondował skrycie z królem pruskim. Później, w sierpniu kasztelan figurował na liście podejrzanych o szpiegostwo, poszukiwał go nawet Wydział Bezpieczeństwa Rady Najwyższej Narodowej.
      Po bitwie racławickiej, a szczególnie uniwersale połanieckim, w którym Naczelnik obiecywał wolność od poddaństwa dla chłopów, którzy będą walczyć dla Ojczyzny, powstanie poparł lud wiejski. Już 13 kwietnia Kościuszko wystosował ordynans na rozpoczęcie powstania w ziemi czerskiej, w której powiat garwoliński miał się organizować samodzielnie. 28 kwietnia Rada Zastępcza Tymczasowa wydała list polecając, aby powstała w powiecie garwolińskim Komisja Porządkowa, ludzie zaciągali się do wojska i ponosili inne ofiary: „Ufa zaś Rada po gorliwości obywatelów tegoż powiatu, iż tam, gdzie idzie o ich własne i ich pokoleń losy, pamiętając, iż ocalenie Ojczyzny przedsięwzięte samą tylko jednością i wspólnym ratunkiem do pomyślnego skutku doprowadzone być może, wezmą się ciż obywatele jak najdzielniej do pomienionych celów” Rosjan w powiecie garwolińskim już wówczas nie było, bowiem uciekli za Wisłę do Ryczywołu i Magnuszewa, dokąd ściągnęli jak najwięcej promów. Tymczasem jeszcze w Tarnowie, mjr Antoni Hussarzowski „Moskalów resztę, przeprawiających się przez Wisłę, na galarze zastał, kilku ich ubił, przez obopólny ogień w swojej komendzie konia ma jednego tylko ranionego.”
    1 maja 1794 r. zebrała się w Stężycy Komisja Porządkowa Cywilno-Wojskowa Ziemi Czerskiej Powiatu Garwolińskiego, wśród jej członków był przyszły dzierżawca Sobień Biskupich, ks. Baltazar Tarkowski. Wezwała ona do „ogólnej obrony Ojczyzny” oraz likwidowania błąkających się po okolicy i szkody czyniących niedobitków rosyjskich. Jedynie szlachta zobowiązała się do dostarczenia rekruta, bowiem chłopów jakby ograniczano przed uzbrojeniem. Najbogatszy w powiecie magnat, Franciszek III Bieliński obiecał wystawić 10 zbrojnych ludzi z furażem na 8 dni. Łącznie powiat wystawił około 50 żołnierzy milicji powstańczej na czele, której stanął gen.-mjr. Antoni Skilski. W skład Komisji Czerskiej wchodził także Karol Jezierski, syn Jacka i dziedzic z Sobień Szlacheckich, jednak władze w Warszawie uznały, że lepiej będzie przyłączyć Komisję Garwolińską do Ziemi Stężyckiej, co też uczyniono. Postanowiono też pobór chłopski po 1 żołnierzu z 5 dymów nadzorowany przez komendy, ponieważ np. w starostwie osieckim „lud do tego upatrzony i zdatny ukrywa się.” Mimo tego chłopi odmawiali szpiegostwa na rzecz okupantów rosyjskich i brali udział w obronie własnych wsi.
    6 czerwca Rada Najwyższa Narodowa wydała uniwersał, w którym nakazywała w każdej wsi i mieście uzbroić mężczyzn od 18 do 40 lat w jakąkolwiek broń i co niedzielę przeprowadzać ćwiczenia wojskowe. Wszyscy mieli stawać na pospolite ruszenie, z czego tylko połowę wysyłano na walki poza powiat. Uniwersał obowiązywał do 18 września, kiedy Rada wycofała się z planów używania pospolitego ruszenia.
     Rada Najwyższa Tymczasowa Insurekcji poleciła Komisji Ziemi Czerskiej zabezpieczyć żeglugę na Wiśle, lecz było to utrudnione przez częste napady kozackie. Dowództwo pospolitego ruszenia czerskiego objął niechętny chłopom gen-mjr. Karol Wodziński. Ziemia ta nie dostarczała broni do Warszawy, bowiem kuźnice zostały zniszczone przez Rosjan. Natomiast w ziemi liwskiej gen Ignacy Hryniewicz donosił, że „wszystko co żyje w tej ziemi liwskiej, orężem ręcznym, to jest pikami bądź kosami, jest uzbrojonym”, lecz szlachta liwska słabo na pospolite ruszenie wychodziła, a „wyszedłszy, bezwstydnie do domów uciekała.” 18 czerwca mieszkańcy wsi nadwiślańskich obserwować mogli transporty zaopatrzenia wojskowego płynące Wisłą z Austrii do Gdańska na pomoc armii austriackiej walczącej z rewolucyjną Francją. Na szczęście wszystkie statki zarekwirowano w Warszawie.
      23 czerwca korpus gen. Sierakowskiego przemieścił się ze stolicy na Karczew, gdzie uzupełniony został licznymi ochotnikami. Naczelnik rozkazał mu przeciąć drogę korpusowi gen. Ottona Derfeldena idącego z Puław przez Łuków na Brześć. 26 czerwca Sierakowski ruszył na Garwolin z 1500 jazdy i 2966 piechoty, przechodząc groblą przez Karczew, Łukówiec, Podbiel i Osieck. W Garwolinie spotkał pospolite ruszenie i milicję garwolińską w sile 1300 piechoty i 30 koni.   Taką wielką siłę zawdzięczać należy ochotnikom chłopskim, którzy licznie zasilili oddziały w Karczewie. Szlachta jednak nie zmniejszała pańszczyzny włościanom, tak, że do komisarza żywnościowego ziemi stężyckiej Mikołaja Witthoffa „z płaczem przychodzili, żądając jego pomocy.” Wzywano, więc Radę Najwyższą do wydawania kolejnych uniwersałów w obronie chłopów.
       W czasie letniego oblężenia Warszawy przez siły prusko-rosyjskie, pojawiały się problemy z aprowizacją miasta, które rozwiązywano poprzez przymusowy skup żywności na Mazowszu Wschodnim i Podlasiu. Zarządzono, aby do 5 września chłopi zwieźli zboże i siano dworskie do magazynów powiatowych w Garwolinie. 23 lipca na skutek braków w magazynie garwolińskim nakazano z każdego dymu przekazać po 4 garnce owsa, garniec kaszy i 8 funtów chleba. Pobór do wojska opóźnił prace przy żniwach i jeszcze w połowie sierpnia dużo zboża stało na polach. Do tego doszła zaraza na bydło oraz na ludzi, którzy jedli zarażoną wołowinę. Sprowadzeni z Warszawy lekarze nakazali w powiecie garwolińskim izolację chorego bydła i zabronili jego jedzenia. W sierpniu przeprowadzono też zbiórkę kożuchów, butów, sukman i koszul dla wojska. 11 sierpnia każde 200 dymów miało wystawić 1 bryczkę i 2 konie. Wcześniej na potrzeby Skarbu Narodowego 8 lipca znacjonalizowano dobra biskupa poznańskiego na Mazowszu. Przeprowadzono licytację, w której za 10000 zł dobra Sobienie Biskupie obejmujące jeszcze Sobienki i Szymonowice wydzierżawił ks. Baltazar Tarkowski. 10 lipca koło Karczewa gen. Skilski otoczył konwój rosyjski prowadzący 276 wołów, furaże i pontony naładowane na 44 wozach oraz wziął do niewoli 50 jeńców.
      Przeorganizowano też wojska polskie nad środkową Wisłą. Na linii od Warszawy do Kazimierza stacjonowało 1750 ludzi. Nad rzeką stało 500 chłopów zbrojnych w kosy i piki. W każdej wsi nadwiślańskiej, prawdopodobnie także w Radwankowie, Gusinie, Wysoczynie, Piwoninie i Dziecinowie, wydzielono w dzień po dwóch, a w nocy po czterech strażników chłopskich do obserwowania nieprzyjaciela. Od Tarnówka do Karczewa brzegi obsadziła milicja garwolińska mjra Skilskiego stojąca w obozie naprzeciw Góry Kalwarii (ok. 500 ludzi). 29 czerwca gen. Skilski i gen. Stanisław Zgliczyński zwołali pospolite ruszenie ziemi garwolińskiej i stężyckiej, lecz stawiło się na nie niewielu ludzi, zaś po kilkunastu dniach i oni rozeszli się do domów. Potem milicję Skilskiego przyłączono do oddziałów Sokolnickiego, który wyruszył na wschód. Od 5 lipca pospolite ruszenie miało strzec brzegów Wisły. W początkach lipca odcinek Wisły od Maciejowic do Ostrówka pod Górą Kalwarią obsadził 400 osobowy oddział gen. Piotra Potockiego. Potocki osłaniał brzegi patrolami i ustawił jeden posterunek w Wildze. W pierwszej dekadzie lipca nakazano Potockiemu przesunąć się na Lublin, lecz ten domagał się powrotu milicji Skilskiego podkreślając wagę przeprawy pod Górą. Od zachodu, nad Wisłą pojawiły się, bowiem silne oddziały kozackie i komendy pruskie. Potocki 11 lipca był pod Maciejowicami, nazajutrz przybył do Wilgi, lecz po kilku dniach poszedł na Lublin, a nad rzeką zostały słabe placówki. W lipcu najwięcej potyczek stoczono w rejonie Góry Kalwarii.
     W połowie lipca pod Górę Kalwarię powrócił gen. Skilski, po czym w Wólce Gruszczyńskiej założył placówkę strażniczą. Wojska polskie zaczęły nękać nieprzyjaciół okupujących lewy brzeg Wisły. Na północ od Góry, aż do samej stolicy, brzegi obsadzał na pięciu posterunkach mjr Tomasz Gąsiorowski. Po dwóch miesiącach obrony umocniły się placówki w Siekierkach, Karczewie, Ostrówku, Radwankowie, Leśnikach, Tarnowie (Tarnówku) i Maciejowicach, Tyrzynie, Stężycy, Dęblinie i Puławach. Wzdłuż rzeki sypano umocnienia. Insurgenci niszczyli też lub przeciągali na swój brzeg łodzie i promy zdobyte na nieprzyjacielu. 3 sierpnia pod Górę podszedł gen. Ignacy Hryniewiecki z pospolitym ruszeniem ziemi liwskiej (970 ludzi). W tym dniu pełnomocnik Rady Najwyższej Narodowej, Jan Horain zwołał pospolite ruszenie nad Wisłę do Dęblina, Stężycy, Maciejowic, Tarnówka i Ostrówka, ale szlachta rozeszła się po 10 dniach bezczynnego stania nad rzeką. Podobnie samowolnie odchodzili uzbrojeni chłopi, a dowódcy oddziałów nie mogli w żaden sposób im się przeciwstawić, ponieważ paradoksalnie oddziały chłopskie były od nich silniejsze.
       
17 sierpnia gen. Jasiński przeorganizował odcinki obronne tworząc cztery ich części. Odcinek od Kazimierza do Gołębia objął gen. Adam Baranowski, od Stężycy do Maciejowic gen. Radzimiński, od Maciejowic do Wólki Gruszczyńskiej płk Ignacy Boski, od Wólki do Karczewa gen. Skilski, a za nim mjr Gąsiorowski. W Tarnówku stanęło 600 kantonistów milicji stężyckiej płk Ignacego Boskiego, uzbrojonych w kosy i piki. Odcinki miały składać raporty co 24 godziny.
       27 sierpnia, na polecenie Naczelnika, insurgenci atakowali pod Górą Kalwarią, przemieszczające się z południa w kierunku stolicy oddziały rosyjskie. Na obóz znajdujący się za miastem uderzał mjr Przebendowski z kawalerią brygady Jaźwińskiego i 50-konnym oddziałem milicji garwolińskiej. Czekano jednak na jazdę garwolińską ppor. Bernarda Boboli oraz piechotę 3 i 16 regimentu, która przeprawiała się przez Wisłę. Jednak Rosjanom przybyły w pomoc 3 roty piechoty i 200 kozaków, którzy zmusili powstańców do wycofania się za rzekę. Środkową Wisłę obsadził wówczas oddział gen. Adama Ponińskiego, a na lewym brzegu pod Górą Kalwarią stanął z silniejszą komendą Aleksander Różniecki. Rosjanie pojawiali się również i od wschodu, gdzieś na początku października powstańcy stoczyli potyczkę w samym Osiecku.
     Powstanie spotkało się z poparciem duchowieństwa parafialnego. Na każdej Mszy św. proboszczowie czytali zarządzenia Rady Najwyższej Narodowej i Komisji Porządkowej. Na kilka dni przed własną śmiercią administrator warszawski Prymas Michał Poniatowski nakazał odprawiać po kościołach diecezji nabożeństwa żałobne za poległych powstańców. Wraz z ubożeniem społeczeństwa rekwizycje, za które dawano kwity (pierwsze banknoty polskie), objęły kościoły parafialne. 6 sierpnia nakazano przejąć srebra, „żelazka, miedź, cynę i ołów” z parafii oraz 26 dzwonów z terenu powiatu. Dzwony te na początku września przesyłano do stolicy.
       2 września oddział rosyjski gen. Fersena odszedł spod Warszawy na południe, ciężko ostrzeliwując komendę Skilskiego pod Ostrówkiem. Posterunki mjra Gąsiorowskiego meldowały wówczas o przesuwaniu się Rosjan w stronę Góry Kalwarii, a od 5 września w kierunku Warki. W tym samym czasie Prusacy zwinąwszy oblężenie Warszawy, odchodzili też z pozycji nadwiślańskich w Ryczywole i Magnuszewie w stronę Piotrkowa. Kościuszko zaczął więc obawiać się, że Rosjanie przeprawią się pod Górą Kalwarią i zaatakują Pragę od wschodu. Gąsiorowski nakazał wtedy, aby kpt. Melfort wraz z załogą posterunku Świdry, skierował się do Karczewa, a stamtąd razem z mjrem Przebendowskim do Ostrówka w celu wsparcia posterunku przy przeprawie. 11 września w Ostrówku stanął sam Gąsiorowski. Świdry obsadziła wówczas część oddziału stojącego w obozie pod Zbytkami, gdzie została jedynie milicja warszawska. Obawy okazały się daremne, ponieważ 12 września Gąsiorowski doniósł o wycofaniu się Rosjan z Góry Kalwarii i spaleniu przez nich kilku budynków. Okazało się również, że 13-letni Dominik Wrzesiński, pochwycony przez żołnierzy Skilskiego 11 września, obiecał kozakom spalić Czersk i Górę.
         15 września Fersen zaatakował pod Czerskiem, zaś 17 kozacy mjra Adriana Denisowa zaatakowali komendę rtm Rożnieckiego, która przeszła na prawy brzeg pod Góra Kalwarią. Denisow wysłał pod Górę Kalwarię 150 kozaków mjra Wasyla Tiemirowa i mjra Piotra Grekowa, którzy rozbili tam oddział polski. 26 września Rosjanie atakowali także inne posterunki polskie nad rzeką. Jednocześnie Rosjanie rabowali na lewym brzegu co popadnie. Według ks. Jana Nepomucena Mędzyrzeckiego proboszcza Mniszewa „kościół [mnieszewski] przez tygodni 16 [od 15 października] po wyłamaniu okien y drzwi otwarty, codziennie przez Moskali odwiedzany y rabowany, nawet z organów przez strącenie ich z chóru, tak, że ofiary mszy św. nie mogłem odprawić, i aż z dalekich kościołów pożyczać musiałem apparamentów i przyzwoitych do św. ofiary naczyń.” Na początku października Fersen przeprawił się pod Holendrami na prawy brzeg Wisły odrzucając siły Ponińskiego. Zareagował na to Kościuszko, który szybko, wyruszył na południe, aby osobiście mieć wpływ na wydarzenia.
       O okolicznościach nagłego wyjazdu Naczelnika z Warszawy wspominali świadkowie i historycy. W niedzielny wieczór, 5 października, jak twierdzą Wacław Tokarz, Bartłomiej Szyndler i Alex Storożyński, po odesłaniu dwóch regimentów na wschód, Kościuszko zjadł kolację w domu prezydenta Warszawy, Zakrzewskiego razem z ks. Hugonem Kołłątajem, Ignacym Potockim, Tadeuszem Mostowskim, Michałem Kochanowskim, członkami RNN i kilkoma przyjaciółmi. Tajemnicę wyjazdu przekazał wyłącznie ks. Kołłątajowi i gen. Zajączkowi, któremu też powierzył zastępstwo naczelnego dowództwa. Zdaniem J. U. Niemcewicza, kolacja przedłużyła się do pierwszej w nocy.  Tymczasem inny świadek zdarzenia, Jan Kiliński, wspominał, iż Kościuszko „wyjechał (...) o dwunastej w nocy, przy pożegnaniu się z nami zalecając nam wielką pilność i gotowość do marszu.”
        Wczesnym poniedziałkowym rankiem, prawdopodobnie o godzinie piątej, 6 października Kościuszko razem z Julianem Ursynem Niemcewiczem, zdał oficjalne dowództwo na Zajączka i mówiąc, że wyrusza do Warszawy, wymknął się z obozu pod Mokotowem, przejechał mostem na Pragę i pojechał na wschód. Jak pisze Alex Storożyński, ze względu na rześkość dnia galopowali ile konie mogły wytrzymać, często je też zmieniali. Jechali na chłopskich konikach bez strzemion używając najczęściej liny, jako uzd i wędzidła. Około godz. 16 i przejechaniu około 118 km (15 mil) dotarli do pierwszych patroli oddziału gen. Sierakowskiego, a godzinę później o samego obozu w okolicach Korytnicy i Okrzei. Pisał o tym Julian Ursyn Niemcewicz: „przebyliśmy most na Pradze; o trzy mile od Warszawy zostawiliśmy nasze konie, a wzięliśmy chłopskie. Jadąc wciąż galopem, musieliśmy często zmieniać konie. Częste przechody wojska, a bardziej jeszcze łupiestwa nieprzyjaciół, zniszczyły do szczętu okolicę; koni chłopskich same kości i skóra, siodła bez strzemion i nieraz powróz, w pysk włożony, służył nam za munsztuk. Z tem wszystkiem nie złamaliśmy karku, przeznaczenie bowiem zachowało nas na coś gorszego. O czwartej godzinie po południu spotkaliśmy pierwsze czaty wojska generała Sierakowskiego, a o piątej stanęliśmy w głównej kwaterze jego.” Tymczasem Kazimierz Bartoszewicz podał wyjazd z Mokotowa na godz. 4 rano, spotkanie z pierwszymi czatami Sierakowskiego na 16 wieczorem, zaś na 17 dotarcie do kwatery. Inaczej pisał gen. Franciszek Maksymilian Paszkowski. Jego zdaniem Kościuszko wymknął się z Warszawy potajemnie w nocy z 7 na 8 października.
       Trasę, jaką mogli jechać z Pragi do Okrzei wielokrotnie próbowano wyznaczać, opierano się jednak na badaniach Mariana Kukiela, który potwierdził, iż relacjonujący zdarzenie Niemcewicz „pogubił nazwy miejscowości, przez które jechali.”
           Jednak Kukiel rozważał cztery trasy: 1. Karczew, Garwolin, Żelechów (90 km), 2. Karczew, Kołbiel, Parysów, Żelechów (100 km), 3. Siennica, Parysów, Żelechów (110 km), 4. Siennica, Latowicz, Stoczek (ponad 110 km). Domniemywał przy tym, że Kościuszko nie mógł jechać na Żelechów ponieważ mógł obawiać się, że operują tam już podjazdy kozackie. Dlatego, według niego, Kościuszko miał jechać drogą najdłuższą przez Dębe Wielkie, Siennicę, Latowicz, Stoczek. Z kolei Andrzej Zahorski wyznaczył ich trasę na odcinku Praga
Kołbiel - Garwolin Żelechów. Za Marianem Kukielem powtórzył jednak, że po przejechaniu trzech mil, w okolicach miejscowości Dębe Wielkie ich konie ustały i tu musieli wymienić je na chłopskie. Wojciech Mikuła ograniczył się jedynie do podania informacji, że 3 mile od Warszawy konie ustały, a inne wymieniali po przejechaniu 1 mili. Często też czekali na pracę kowala. Z kolei Leon Wagner podawał, że pędzili przez zniszczone przez zaborców okolice.
      Nowe światło na trasę przejazdu może rzucić następująca informacja. Oto w Sobieniach Biskupich zachował się przekaz ludowy, jakoby Kościuszko jadąc do swych wojsk przed bitwą pod Maciejowicami „podkuwał konie” w kuźni miejscowego kowala Kabulskiego. Relację powtarzali bezpośredni potomkowie kowala, Adam i Ryszard Kabulscy oraz kilka rodzin mieszkających w Sobieniach. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu pokazywali kamień, na którym siedział Naczelnik oraz pochylony budynek drewnianej kuźni przy drodze zwanej Trytwą. Według tej relacji jechali z Warszawy wzdłuż Wisły, ponieważ ta droga była wówczas główną na Lublin, następnie w Sobieniach odbili na wschód Gościńcem Wielkim. Szczegóły przyjazdu Kościuszki do kuźni w Sobieniach zgadzają się z ustaleniami historiografii, jedynie trasa przejazdu według nich byłaby za bliska Wiśle, za którą siedzieli Rosjanie. Badacze tematu nie mogą, czy nie chcą przyjąć, iż Kościuszko ryzykował łatwą niewolę. Nie było nic nadzwyczajnego w wyprawie, ponieważ taki nagły wyjazd Naczelnika zdarzył się już wcześniej, 26 września Kościuszko z Niemcewiczem pojechali konno do Grodna. Przekaz ludowy wymaga jednak szerszych badań, czy podobne zatrzymanie się Kościuszki w kuźniach nie miało miejsca w innych miejscowościach.
         Z wyprawą związany jest kolejny epizod, ponieważ po drodze niedaleko Warszawy, spotkali wicebrygadiera Józefa Drzewieckiego wracającego z Galicji, którego wzięli ze sobą, aby w Warszawie nie dowiedziano się o wyprawie. Drzewiecki był uprzednio wysłany przez Kołłątaja do okupowanego przez Austriaków Lwowa, aby wybadać sytuację do wywołania powstania. Naczelnik w czasie podróży miał być dobrej myśli i „z jasną otuchą patrzał w przyszłość.” Miał informacje, że Suworow dostał z Petersburga rozkaz wejścia w układy z insurgentami. Kościuszko wypytywał posła o tamtejsze nastroje, a w chwilach zwolnionej jazdy prowadził wywody filozoficzne, które później Drzewiecki przekazał w pamiętnikach. Kościuszko mówił o szczęściu człowieka, które będzie możliwe tylko przy dobrym wypełnianiu obowiązków i powinności, „wszystko jest zresztą podrzędne. Chwała najczęściej podnieca próżność, a nawet z drogi obowiązków sprowadzić może. Pełń twe przeznaczenie z ochotą, a reszty czekaj; sumienie stanie ci za szczęście. Nie szukaj zbytku, bo go znajdziesz w mierności. Chcesz miłego spoczynku, nabądź go pracą; jak się to wtedy odpoczywa z rozkoszą! Jeźli dobry stół cię łechce, po trudach i głodzie użyj pokarmu, to jest najlepsza przyprawa. Sądź ciągle twoje postępowanie, a jeźli cudze złem ci się wydaje, powiédz sobie, że twoje odmiennem być powinno. Nie sądź ostro drugich, oni cię sądzić nie będą i nie obudzisz zawiści. Pracuj, o ile możesz, strzeż się próżnowania, a resztę powierz Bogu. Jeźliś przeznaczony do szczęścia, ono ci się samo nastręczy; jeźli masz ciérpiéć, żadnym obrotem nie wykręcisz się z tego. Sumienie jest jak koszula przy ciele; od niego szukaj porady i w niem miéj świadka i stróża spokojności twojéj.” Taka była relacja Drzewieckiego, jednak Paszkowski a za nim, m. in. Kazimierz Bartoszewicz, wykazali „bałamuctwo” relacji wicebrygadiera o samych Maciejowicach. Może więc też się mylił co do słów i nastroju Kościuszki podczas wyprawy z Pragi do Okrzei?
        10 października 1794 r. Polacy ponieśli klęskę pod Maciejowicami, a Kościuszko dostał się do niewoli. Na pole bitwy o kilka godzin spóźnił się gen. Poniński, po czym wycofał się na Warszawę, a za nim ewakuowano magazyny garwolińskie. Pośpiesznie ściągano podwody z okolicznych wsi do fortyfikowania Pragi. Gen. Skilski początkowo osłaniał gościńce na prawym brzegu i gromadził wycofujące się oddziały w obozie pod Górą Kalwarią, 12 października przesunął się pod Karczew, by w końcu także wycofać się za umocnienia praskie. 14 października zameldował, że Rosjanie stanęli obozem pod Łaskarzewem i wysyłają patrole pod Garwolin i Parysów. Szybko w całym powiecie działać zaczęły podjazdy kozackie korpusu Fersena, które uniemożliwiły działalność Komisji Porządkowej. 16 października do Karczewa przybył płk Kwaśniewski, który próbował wysyłać na południe patrole i szpiegów, ale nic to nie dało i cały kordon nadwiślański zwinął się do Pragi, ustępując pola nacierającym Rosjanom. Po dojściu do stolicy wiadomości o niewoli Kościuszki, 20-tysięczny Lud Warszawy w rozpaczy ruszył w stronę Maciejowic docierając do wsi Jeziorna 3 mile od Warszawy, gdzie z ogromnym trudem go zatrzymano. 22 października gen. Fersen zajął Garwolin i posuwał się na Mińsk Mazowiecki do połączenia z wojskiem gen. Suworowa i gen. Wilhelma Derfeldena w dniu 30 października. W ziemi garwolińskiej zaczął się okres zaborów.
      Nie załamał się jednak od razu duch walki, lecz wolna od zaborców pozostawała na prawym brzegu tylko Praga. Po klęsce maciejowickiej nowy naczelnik gen. Tomasz Wawrzecki nakazał brygadierowi Piotrowi Jaźwińskiemu wycofać 3 tys. wojska znad Narwi i obsadzić nim brzegi Wisły od Karczewa do Warki. Niestety w pocz. listopada Jaźwiński przegrał potyczkę z Denisowem pod Karczewem i wycofał się do Warszawy. Tymczasem 4 listopada 1794 roku rosyjski generał Suworow zaczął oblężenie Pragi, które przerodziło się w rzeź mieszkańców. „Moskale walczyli i mordowali z niewysłowioną zajadłością, nie dając pardonu i nie biorąc jeńców w niewolę. (…) Tysiące bezbronnych ludzi, starców, kobiet, księży, zakonnic i dzieci padło pod żelazem rozbestwionego zemstą i gorzałką żołdactwa. Przytomny tam przypadkiem oficer pruski, starał się ocalić małego chłopczynę w chwili, kiedy Moskal zabierał się przeszyć go bagnetem. Precz z nim, odpowiedział mu rozbestwiony Moskal, skoro urośnie, zamorduje on którego z moich braci, i zakłuł w oczach jego dziecko, wśród dzikiego śmiechu kozaków, którzy na dzidach swych przeszyte roznosili niemowlęta. (…) Mnóstwo żołnierzy i mieszkańców Pragi, którzy w rozpaczy rzucali się do Wisły, szukając w nurtach jej ostatecznego sposobu ocalenia, potonęło zabitych od kul, którymi z brzegu do pływających strzelali Moskale.” Zginęło 10000 cywilów, 8000 żołnierzy, 2000 żołnierzy utopiło się w rzece. 6 listopada przyjęto warunki kapitulacji. To sprawiło, że powstańcy zaczęli myśleć o opuszczeniu stolicy, z której wyszli 9 listopada. Insurgenci zaczęli się rozchodzić do domów, a 17 listopada resztki wojsk polskich poddały się pod Radoszycami w woj. sandomierskim. Ostatecznie też po kapitulacji stolicy Rosjanie spalili Karczew i złupili okoliczne wsie. Pod datą 10 listopada 1794 r. proboszcz pobliskiego Drwalewa i dziekan warecki, ks. Franciszek Mik, ponuro opisywał, co się działo podczas stacjonowania oddziałów moskiewskich w okolicznych parafiach: „przez okrucieństwo wrogów, kapłani kościoły, szlachcice wioski swoje musieli opuścić i ucieczką życie swoje ratować w obcych stronach, niejedni zaś w domach pomarli, jednym słowem, nic innego nie było słychać, niż wycie i płacz przez szesnaście tygodni.” W całej ziemi czerskiej jesienią 1794 roku chłopi nie mieli zboża na wyżywienie i na kolejny siew. Podobnie w ziemi stężyckiej okupacja rosyjska spowodowała kontrybucje, a w zimie 1795 r. zapanowały epidemie.  

Dr Mariusz Rombel, prawnik i historyk z Sobień Biskupich, autor pracy doktorskiej Dzieje parafii Warszawice w latach 1914-1939, Planu Odnowy Miejscowości Sobienie Biskupie (2010), Folderu Jubileuszowego z okazji 600-lecia Parafii Warszawice-Radwanków (2008) oraz licznych artykułów z dziejów parafii Warszawice, Radwanków, Sobienie-Jeziory i Goźlin. Absolwent WPiA UW oraz WNHiS UKSW w Warszawie. Główny Specjalista Wydziału Architektury i Budownictwa Starostwa Powiatowego w Otwocku, współpracownik Linii Otwockiej i Echa Katolickiego, członek Ludowego Towarzystwa Naukowo-Kulturalnego w Garwolinie. Specjalizuje się w badaniu dziejów najnowszych, XIX i XX wieku na Południowym Mazowszu. Przygotowuje monografię dotyczącą historii Parafii Warszawice i Gminy Sobienie-Jeziory.
Fotografie autora


Bitwa oddziału Józefa Jankowskiego pod Uścieńcem k. Łaskarzewa stoczona w dniu 10 listopada 1863 r. Wykład w kościele pw. Podwyższenia Krzyża Św. w Łaskarzewie, 4 października 2013 r.


           W 2013 roku minęło 150 lat od wybuchu Powstania Styczniowego, podczas którego Polacy po raz kolejny podnieśli się przeciw zaborcy. Tereny Gminy Łaskarzew należały wówczas do tzw. Królestwa Kongresowego znajdującego się pod okupacją rosyjską. W Łaskarzewie doszło do jednej z pierwszych bitew powstańczych w styczniu 1863 r. Ale ja chciałbym Państwu opowiedzieć o innej potyczce, która zdarzyła się 10 listopada 1863 roku, kiedy pod wsią Uścieniec oddział płka Józefa Jankowskiego starł się z kozakami rosyjskimi.
      Dwa dni wcześniej, 8 listopada oddział Jankowskiego stanął na odpoczynku w Krzywdzie, gdzie zaatakowali ich Rosjanie dowodzeni przez mjra Malinowskiego idący od strony Adamowa. Pomimo przewagi wroga, powstańcom udało się oderwać od Rosjan i po skoncentrowaniu sił uderzyli na nacierających pod Fiukówką. Zginęło tam 19 Polaków. Jankowski nadal się wycofywał, tym razem na Kasyldów.
      Na drugi dzień, 9 listopada, Jankowski, z powodu złego stanu zdrowia, zdał dowództwo mjrowi Józefowi Lenieckiemu. Doszło wówczas do kłótni i buntu w obozie polskim, ponieważ żołnierze domagali się przekazania władzy nad odziałem w ręce rotmistrza Domańskiego, do którego mieli większe zaufanie. Nieufność pozostała w szeregach polskich i stała się przyczyną braku rozstrzygnięcia bitwy pod Uścieńcem, która nieomal nie zakończyła się klęską polskiego oddziału. Pod wieczór oddział, liczący od 800 do 1000 powstańców, zatrzymał się w Żelechowie suto podjęty przez miejscową ludność.
       10 listopada około godziny 15 przybyli do wsi i majątku Uścieniec zamierzając tu spędzić noc. Informacje wywiadowcze, którymi dysponowali powstańcy wskazywały, że będą mieli spokój, ponieważ oddziały rosyjskie miały wyjść z Garwolina w przeciwną stronę. Doniesienia okazały się fałszywe, bo już o 15.30 od strony Garwolina nadeszły dwie kompanie piechoty rosyjskiej i 25 kozaków dowodzonych przez kpta Szamina. W ostatniej chwili wójt Uścieńca usiłował przekonać wojska, aby nie podejmowali bitwy w zabudowaniach wsi, ale na polach i łąkach dwie mile dalej.
       Rosjanie zaatakowali Powstańców o 16 po południu. Zachowały się dwa opisy bitwy. Pierwszy pochodzi spod pióra samego dowódcy, Józefa Lenieckiego. Major wspominał: „Oddziały moje zajmowały dwór, poza którym w odległości około 800 kroków równego pola znajdowała się góra na obie strony pochyła, rozciągająca się półokręgiem, wysokością dominującą nad dworem z końcami półokręgu wpierająca się w las. Skorzystałem z tak dogodnej pozycji i po niedługiem tyralierskim strzelaniu około dworu zająłem ją, rozstawiwszy jedną kompanię strzelców z oddziału podpułkownika [Jankowskiego] i drugą moją w środku; inna moja kompania ubezpieczała moje lewe skrzydło, druga kompania z oddziału podpułkownika prawe: resztę rozstawiłem w drugiej linii w rezerwie. Jeździe rozkazałem sformować się na pochyłości góry, gdzie strzały nie dochodziły, gdyż mając zabezpieczone skrzydła i tył chciałem użyć jazdy dla obejścia lasem tyłu Moskwie, a sam ze strzelcami i kosynierami uderzyć z czoła. Tym manewrem byłbym może przyprowadził Moskwę w wielki popłoch. Gdy ustawiłem piechotę, spostrzegłem, że jazda samowolnie oddaliła się ze swojej pozycji, nie uwiadomiwszy mnie o przyczynie; musiałem, więc ograniczyć się na boju ogniowym do późnej nocy. Po czym, odpocząwszy na obranym stanowisku i dawszy się ludziom posilić, udałem się w zamierzoną drogę.”
       Inaczej bitwę widział inny jej uczestnik, rtm Antoni Migdalski: „W połowie października podczas nieobecności naszego dowódcy (Jankowskiego), który na kilka dni wyjechał z obozu a zastępstwo zostawił rotmistrzowi Domańskiemu, spotkaliśmy się z oddziałem Lenieckiego i Mareckiego i zatrzymaliśmy się we wsi Uścieniec, parę mil od Garwolina. Zaledwie zdążono pikiety rozstawić, gdy z lasu wysunęli się kozacy a za nimi piechota. Zamiast się przekonać, wysławszy silny rekonesans, jaka siła na nas idzie i przyjąć bitwę, gdyż nas było razem przeszło 800 ludzi, zakomenderował Leniecki, aby cofnąć się do lasu, przy czym wdarł się nieporządek. Dali do nas Moskale kilkakrotnie ognia, my zaś prawie nie ostrzeliwaliśmy się, więc bez trudu zajęli wieś. Szkody żadnej nam nie wyrządzili. Deszcz zaczął padać i noc zapadła. Dopiero teraz dowiedział się Leniecki, że ich było dwie roty i sotnia kozaków. Można było pomyłkę powetować czekając dnia, gdy wyjdą ze wsi, lecz obydwa oddziały udały się każdy w inną stronę”
           Zdaniem badającego temat, Zbigniewa Węgrzynka, który na nowo podjął się opisania tematu w tegorocznych Zeszytach Ziemi Garwolińskiej, z powodu opuszczenia pozycji przez kawalerię powstańczą, koniecznością było ograniczenie działalności oddziału do obrony oraz do próby ataku kompanią kosynierów. Bitwa zakończyła się około 18 wieczorem, kiedy deszcz i ciemności uniemożliwiły prowadzenie walki.
         Nazajutrz policzono straty. Rosjanie informowali o 200 rannych i poległych powstańcach oraz 7 jeńcach. Tymczasem historyk, Stanisław Zieliński stwierdził, że w bitwie uścieńskiej strona polska nie poniosła strat. Podobnie twierdził naoczny świadek, wójt Gminy Uścieniec, który jednak wygarnął Rosjanom, iż „w czasie strzelaniny kilku żołnierzy cesarsko-rosyjskich wojsk dostało się do dworu, gdzie skradli dziedzicowi 750 rubli (w gotowiźnie przygotowanej na podatki) oraz zniszczyło różne przedmioty i sprzęt o wartości 3000 rubli.” Walki nie kontynuowano, Rosjanie wycofali się do Garwolina, zaś Polacy przeszli lasami w stronę Wisły, by potem zawrócić do Łaskarzewa i Maciejowic. Tam zostawili rannych w szpitalu i zabrali kasę miejską. W dalszej kolejności przeszli do Życzyna i dalej na wschód. Powiadomieni o ich ruchach Rosjanie wysłani z Dęblina, nie zastali już ich w Maciejowicach.
        Major Leniecki złożył także raport dla gen. Michała Heydenreicha ps. Kruk dotyczący przebiegu bitwy pod Uścieńcem i samowolnego opuszczenia pola bitwy przez kawalerię pod dowództwem rtma Domańskiego. Generał Kruk rozkazał aresztować rotmistrza i skazał go na śmierć, ale jego podkomendni nie dopuścili do tego podnosząc bunt. Obrońcy rtma Domańskiego zapowiedzieli, że w chwili jego aresztowania z bronią w ręku będą go bronić. Dopiero powrót płka Jankowskiego przywrócił spokój i zapobiegł wojnie domowej w oddziale. Jankowski przekonał gen. Kruka, aby cofnął rozkaz aresztowania Domańskiego, co też uczynił. Zamienił wyrok skazujący na degradację do prostego żołnierza i nakazał służyć w swojej gwardii przybocznej.
        Warto przyjrzeć się postaciom polskich dowódców spod Uścieńca.
        Płk Józef Jankowski urodził się w 1832 r. w Uszprudzie w powiecie mariampolskim koło Kowna. Był absolwentem szkoły agronomicznej na Marymoncie, a w początkowej fazie powstania dowodził młodzieżą warszawską zbiegłą przed branką. Stoczył ponad 40 bitew w większości zwycięskich, w tym w naszej okolicy: Dziecinów, Zambrzyków, Rozniszew, Magnuszew i Żyrzyn. Walczył w województwach mazowieckim, podlaskim, sandomierskim i lubelskim, na skutek zdrady został aresztowany i rozstrzelany na stokach Cytadeli warszawskiej, 12 lutego 1864 roku. Miał tylko 32 lata. Na niepodległą Polskę musiałby czekać jeszcze 54 lata. Jak pisała ówczesna Gazeta Narodowa, „umarł jako prawy człowiek, jako dobry Polak, jako wierny i pobożny chrześcijanin. Cześć wiekuista pamięci bohatera! Cierpienia i zasługi swoje poniósł on przed tron Najwyższego sędziego, żeby niemi ubłagać miłosierdzie Boże dla uciemiężonego narodu.”
         Z kolei drugi dowódca, mjr Józef Leniecki, urodził się w 1839 roku w Warszawie. W młodości był rosyjskim oficerem, ale wstąpił do organizacji Polskiego Państwa Podziemnego i na rozkaz gen. Zygmunta Padlewskiego organizował powstanie w okolicy Rawy Mazowieckiej, Opoczna i Łowicza. Przeszedł szlak bojowy, uczestnicząc lub dowodząc w szeregu bitwach z okupantem, m. in. pod Bolimowem, Małogoszczą, Pieskową Skałą, Kobylanką, Turobinem, Chełmem, Kockiem i Krzywdą. Po bitwie pod Gołębiem w 1864 r. przekroczył kordon austriacki, gdzie w Krakowie został aresztowany przez zaborcę i osadzony w więzieniu w Ołomuńcu, skąd uciekł udając się na emigrację do Francji i Turcji. Tam, pod pseudonimem Iskinder Bej budował drogi i urządził żeglugę parową w Bagdadzie w Mezopotamii. Do okupowanej Polski powrócił pod koniec XIX w. i podjął pracę jako inżynier górnik w przemyśle naftowym na Podkarpaciu. Zmarł w 1909 roku w wieku 70 lat. Dziewięć lat później Polska odzyskała niepodległość.
        Wymienieni dowódcy, jak również całość oddziałów działających na Powiślu, cieszyli się ogromnym autorytetem nie tylko wśród żołnierzy. Dość wspomnieć, że sam dyktator powstania, Romuald Traugutt, stracony przez Rosjan, oddał życie w opinii świętości i przygotowywany jest jego proces beatyfikacyjny. Zdaniem Antoniego Migdalskiego, „nie wszyscy dowódcy byli tacy jak Jankowski, chociaż później stali się głośni. Mimo, iż nie zwyciężyliśmy wroga, tacy ludzie wzbudzali poszanowanie u swoich i obcych. Wielu znałem dowódców, którym o tytuł chodziło, prochu wąchać nie lubili, demoralizowali ludzi, a przy niepowodzeniu z ich winy, uciekali za granicę.” Płk Józef Jankowski utrzymywał morale nie tylko u podwładnych, ale zapewne także u chłopów, mieszczan i szlachty. Cytowany wyżej powstaniec, twierdził z przekonaniem, że „pod dowództwem Jankowskiego można było nabrać hartu, nauczyć sie życia obozowego i prowadzenia partyzantki, pomimo, że nie był fachowcem a leśnikiem-marymontczykiem. Wszelka ostrożność o zabezpieczenie oddziału od nagłego napadu nieprzyjaciela była z całą skrupulatnością zachowana i z punktualnością musiała być wykonana. Ciągłe marsze i kontrmarsze nużyły nas co prawda, ale Rosjanie nie wiedzieli gdzie jesteśmy lub będziemy jutro. Słowem był to dowódca, który miał cel wytknięty: gromić nieprzyjaciół i niepokoić na każdym kroku i w każdym czasie.” Pomimo przegrywanych bitew, „dzielni partyzanci nie tracili zapału, choć ciężkie warunki, w jakich musieli walczyć, dawały im się dobrze we znaki. Przeważające kolumny moskiewskie, wspomagane coraz większymi posiłkami, dziesiątkowały wojsko narodowe. Powstaniec nie miał zatem czasu nabrać wojennego hartu, tembardziej, że był ciągle rozpraszany przez uzbrojonego od stóp do głów żołnierza rosyjskiego, a głównie walczącego metodami nowoczesnej walki. Partyzanci byli na ogół odważniejsi od moskali
do walki szli chętnie i śmiało, atakowali z brawurą, łatwo było ich stropić, przestraszyć. Nie brakło jednak dowodów waleczności, jakie okazywali, nie mając pojęcia o mustrze, o chwytach bronią, źle odziani, a często głodni i wyczerpani.”
       Bitwa pod Uścieńcem jak w zwierciadle pokazała wielkie możliwości, jakimi dysponuje Naród Polski i przyczynę klęski. Nieufność i kłótnie w obozie polskim uniemożliwiły zwycięstwo, zdrady spowodowały aresztowania dowódców, płka Jankowskiego i mjra Lenieckiego. Dziś, 150 lat po bitwie, możemy ich naśladując, okazać pamięć Powstańcom Styczniowym, którzy w młodym wieku porzucili wszystko, aby walczyć o wolną Polskę.

Podstawowa literatura:
Z. Węgrzynek, Bitwa pod Uścieńcem /w/ Zeszyty Ziemi Garwolińskiej, Garwolin 2013, s. 11-14.
B. Orłowski, Osiągnięcia inżynierskie Wielkiej Emigracji, Warszawa 1992
M. Rombel, Bitwy pod Dziecinowem i Zambrzykowem /w/ Zeszyty Ziemi Garwolińskiej, Garwolin 2013, s. 15-31.
Polski Słownik Biograficzny t. 17 s. 51.
W 180-tą rocznicę urodzin. Pułk. Józef Jankowski ps. Szydłowski /w/ http://mazovia.strefa.pl/date/memo.htm [2013.09.27].

Dr Mariusz Rombel, prawnik i historyk z Sobień Biskupich, autor pracy doktorskiej Dzieje parafii Warszawice w latach 1914-1939, Planu Odnowy Miejscowości Sobienie Biskupie (2010), Folderu Jubileuszowego z okazji 600-lecia Parafii Warszawice-Radwanków (2008) oraz licznych artykułów z dziejów parafii Warszawice, Radwanków, Sobienie-Jeziory i Goźlin. Absolwent WPiA UW oraz WNHiS UKSW w Warszawie. Główny Specjalista Wydziału Architektury i Budownictwa Starostwa Powiatowego w Otwocku, współpracownik Linii Otwockiej i Echa Katolickiego, członek Ludowego Towarzystwa Naukowo-Kulturalnego w Garwolinie. Specjalizuje się w badaniu dziejów najnowszych, XIX i XX wieku na Południowym Mazowszu. Przygotowuje monografię dotyczącą historii Parafii Warszawice i Gminy Sobienie-Jeziory.
Zdjęcie pochodzi z portalu "Nasze sprawy"
Niezależna lokalna gazeta Łaskarzewa /za zgodą/

 
Jesteś Katalog stron odwiedzającym stronę
 Statystyki
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego